.34

- No dobra, panie pułkowniku – odezwał się głos w słuchawce – mówi Urban Harris. Jak wyglądają nasze sprawy?
Przez chwilę próbowałem sobie wyobrazić, jak stoi w rozkroku w gabinecie, z dumą spogląda na swoje zdjęcie ze znanym politykiem i dla zatarcia śladów zdenerwowania, dłubie palcem w nosie.
- Ale jakie niby sprawy – odpowiedziałem i mówiąc to poczułem, że ten człowiek jest narcyzem.
- No BZR, haha – zaśmiał się, tak jakość mało naturalnie – Wie pan, panie pułkowniku, miał pan mnie informować o postępach kampanii.
W moim sercu drgnął impuls elektryczny przewodzący gniew i jednocześnie zainfekował mój umysł.
- Nie mam zamiaru nikogo powiadamiać o swoich decyzjach, chyba że dotyczą one konkretnych wykonawców mojej woli, a o ile się nie mylę, nie przewiduję pańskiego udziału w jakiejkolwiek mojej akcji, ze względu na pana zaawansowaną, galopującą głupotę – wyrzuciłem z siebie.
- Z całym szacunkiem, panie pułkowniku – Urban Harris zaczął się jąkać – ja w żadnym wypadku, nawet w najśmielszych marzeniach, nie brałem pod uwagę swojej skromnej osoby w tak szlachetnym przedsięwzięciu – przerwał zasapany a ja poczułem, że naprawdę jest mu przykro – Nie chciałem pana zdenerwować, a widzę, że tak uczyniłem, bardzo zatem przepraszam i na wytłumaczenie podam tylko, że niepokoiłem się o mojego pracownika, skądinąd panu znanego. Nie pojawił się dwa dni w pracy i…
- Jest chory – wtrąciłem nieco zmęczony beznadziejnością jego osobowości – Leży, je czosnek, pije herbatę z cytryną, ogólnie jego stan jest dobry, ale do pracy przyjdzie za parę dni.
- Tak, absolutnie rozumiem, tak, jest chory, bardzo dobrze.
- Bardzo dobrze i żegnam teraz pana, pozdrowię go.
Odłożyłem słuchawkę. Przez uchylone drzwi usłyszałem, jak właściciel strychu przewraca się w ciężki i powolny sposób, rozciąga mięśnie, przez chwilę szamocze się z kołdrą i zasypia.

Komentarze wyłączone.