.102

W nocy oberwała się chmura i kiedy chciałem wyjść na dach, okazało się, że jedna z jej części zablokowała mi okno. Przez chwilę stałem w sennym zamroczeniu i zastanawiałem się, co zrobić. Dzień wzrastał w swojej jasności, bolała mnie głowa, a leżący na dachu fragment chmury, zupełnie nie wpisywał się w mój plan. Pomyślałem, że trudno, nie będę z tak błahego powodu rezygnował z obserwacji na dachu. Szarpnąłem mocno klamkę okna i naparłem całym ciałem. Chmura poruszyła się lekko i przez moment zadawało mi się, że potoczy się po nierówności papy i z hukiem spadnie na chodnik przed domem. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Znowu pomyślałem, że trudno i że trzeba działać. Otwór pomiędzy framugą okna a pierzastym umięśnieniem chmury nie był zbyt szeroki. Nie miałem wyboru i nie zastanawiając się już dłużej przecisnąłem się przez szczelinę, która wyglądała jak początek innego wymiaru. Twarz stężała mi krwią i bałem się, że utknę gdzieś pomiędzy ziemskim bytem na strychu a niebiańskim błękitem nieba. Dałem radę. Wdrapałem się na sam wierzchołek poszarpanej powierzchni, która przypominała stary materac. Usiadłem wygodnie. Wszystko było jak należy. Niebo ciągnęło się cienką linią w bezbarwnej obudowie świata. Dostrzegłem śmieszność wszystkiego, a mój uśmiech tańczył w metalicznej powłoce rynny.

Komentarze wyłączone.