.126
Wstałem stosunkowo wcześnie, wiedziony jakąś niespokojną siłą. Świat za oknem rozlewał się niemą, mleczną poświatą. Nabrałem ochoty na kawę zbożową, poszedłem do kuchni i na stole znalazłem kartkę, na której Wincent napisał coś takiego:
„Zastanawiał się, co ma ze sobą zrobić, mógł udać się wszędzie, ale nie znał kierunku, w którym powinien wyruszyć. Długo wpatrywał się w zmęczony krajobraz i nadszedł już kolejny wieczór, a on siedział bez ruchu nie znając swojego sensu życia w samotności. Kiedy w końcu znużony zasypiał wiecznym snem, Bóg wskazywał na niego palcem, aniołowie zanieśli jego imię do świętej księgi przeznaczenia i wtedy narodził się ponownie w świecie spełnionych marzeń.”
Wlałem wodę do garnka. Lekko przeciekał. Wsypałem dwie łyżki kawy. Drobne ziarna zbóż utrzymywały się niepewnie na powierzchni wody i z daleka skojarzyły mi się z grudkami ziemi, brudnej i zmęczonej, nasiąkniętej bzdurnymi marzeniami o dzisiejszym człowieku, wkręconym w pseudointelektualne, wolnościowe tryby demokracji pozbawionej duchowości.