.55
Rano obudził mnie telefon od Urbana Harrisa.
- Dzień dobry panie pułkowniku – usłyszałem energiczny głos. W głowie miałem resztki snu, w którym znowu broczyłem w rzece ogromnych, lśniących ryb.
- Słucham, w czym problem – odparłem niechętnie, ponieważ nie miałem ochoty na głupie pogawędki.
- W zasadzie to nic takiego – jego głos stracił swój niedawną dynamikę – Tak tylko dzwonię, zapytać czy wszystko w porządku.
- Wszystko w porządku.
- W takim razie nie przeszkadzam. A może mógłbym w czymś pomóc – zapytał.
- Ale w czym?
- No nie wiem. Niczego nie potrzebujecie? Jakieś dokumenty, albo coś takiego?
Gdzieś w głębi drucianego świata telekomunikacji, usłyszałem szelest elektronów.
- Makaron. Dużo makaronu – powiedziałem.
Trzaski na łączach się uspokoiły.
- Tak jest panie pułkowniku, czy coś jeszcze pan sobie życzy?
- Nie, to wszystko. I proszę mi nie przeszkadzać. Dziś jestem bardo zajęty.