.78

Przerzuciłem się na parówki. Wincent przyniósł rano kilogram. Ugotowaliśmy je w starym, odrapanym garnku, potem jedliśmy w nienazwanym milczeniu. Słońce zdechło gdzieś między chmurami, a wiatr wiał, mając w dupie tę całą sztuczną dekorację świata. Pomiędzy nami była cisza, stopiona i bezwładna. Gruby pająk zwisał z sufitu, podczas gdy zastanawiałem się, co dalej zrobić. Najgorsze było to, że telefon milczał od dobrych paru godzin, nikt nie dzwonił, nikt nic nie chciał, i ta cisza, i ten pająk, który jak wahadło odmierzał upływający czas, minuty z parówkową treścią w żołądku, niejasne oblicze przeznaczenia, raz w jedną, raz w drugą stronę, gdzie tu sens, pomyślałem, gdy Wincent w tym czasie przeżuwał, nadal w treści bez słów, strapiony monument własnych życiowych pomyłek, miał oblicze jak porzucona widokówka, wyblakła teraźniejszością, gdzie tu logika, syta myśl nie dawała za wygraną, po co ten człowiek żyje, komu potrzebna jego obecność, tak właśnie pomyślałem, gdy pająk wisiał nadal na własnych linach i w hamaku swojego pajęczego serca rozważał stopioną tajemnicę świata, którą podźwignął do góry, powoli sunąc i nieprzerwanie, aż w końcu zatrzymał się na sklepieniu brudnego sufitu, przywarł do jego zimnego tła w nieskończonej bieli horyzontu życia, no dobra, rzekłem, wstałem niespodziewanie, w dupie tam, mać złożona, zabieramy się do roboty.

Komentarze wyłączone.