.96
Kiedy podszedłem do telefonu, przypomniałem sobie nagle, że nie pamiętam swojego dzieciństwa. Była druga w nocy. Przez chwilę próbowałem zapanować nad niepokojem, który właśnie zakwitał w moim sercu. Człowiek nigdy nie ma pojęcia, co nagle potrafi zrodzić się w jego duszy. Westchnąłem i podniosłem słuchawkę.
- Pułkownik przy telefonie – poczułem, że słowa odrywają się od mojego języka.
- Tu Urban Harris – usłyszałem charakterystyczny, niski tembr – Przepraszam pułkowniku, ale pomyślałem, że może powinien pan o tym wiedzieć. Jakąś godzinę temu wróciłem do domu i okazało się, że mnie okradli. Nie ma kamery, butów do biegania, zegarka i kopii dokumentów dotyczących Bydgoskich Zakładów Rowerowych.
- Czy pan biega? – wyobraziłem sobie Urbana Harrisa, jak długimi skokami przemiesza alejki pobliskiego parku.
- Oczywiście, panie pułkowniku, co prawda nieregularnie – w jego głosie poczułem cień dumy – ale biegam, tak, biegam – powtórzył.
- Dobrze, w takim razie proszę zostać w domu, nie powiadamiać policji, a ja wkrótce się z panem skontaktuję i wtedy powiem, co i jak. Czy wszystko jest jasne?
- Tak, jak najbardziej. Mam jeszcze pytanie, rozumiem że bieganie na razie nie wchodzi w rachubę.
- Żadnego biegania, absolutnie – powiedziałem zmęczonym głosem – do widzenia.
Wróciłem do łóżka. Skrzydlate cienie drzew wlewały się mroczną zawiesiną do pokoju. Przez chwilę szamotałem się z rzeczywistością, ale już po chwili wciągnęła mnie kraina snu.