.119
Obserwuję świat. Zewsząd napływają ludzie, różnorodni, w kalejdoskopie kolorów, kształtów, wzorów i ubrań, wektory ich wędrówek przecinają się niczym pradawne szlaki handlowe, ta mozaika twarzy żyje swoim tymczasowym rytmem, oddala się i przybliża, zderzenia międzyludzkie wymuszają interakcje i przeciwdziałania, te z kolei następne i kolejne, jak szyfr, jak wzorzysty dywan globalnego życia, każdy z tych ludzi niesie w swoim umyśle zestaw twierdzeń, wątpliwości, pytań i odpowiedzi, ścierają się poglądy, antagonizują, ogniskują spojrzenia, któż z nich jest najbliższy prawdzie, czy w ogóle prawda jest dla nich zbiorem przyczyn, dla których przenikają swoje wnętrze i czy w ogóle to czynią, a może według nich prawda ma miejsce wtedy, gdy zaczynają mówić o sobie, cokolwiek nie uczynią, czegokolwiek nie powiedzą, to i tak jest to bez znaczenia, czy w sensie bytowym wpływa to na ich położenie, na te bezwładne i nie oprotestowane drganie w świecie, albo czy ujmuje im co nieco z ich twarzy, sytych i zadbanych, czystych w oddechu i skupionych na zaspokajaniu pierwotnych potrzeb, albo jednak nie, więc może funkcjonują w mikroświatach pokoju i miłości, tylko w niechęci i w ociąganiu, nie kwapią się, aby podzielić się tym z innymi. Są wszędzie. Ta ożywiona duchem materia kotłuje się i spina, wręcz krzyczy w niemym ścisku, gęstnieje i rozprasza się, w niepowstrzymanym wirze, jak magma, jak wulkaniczna lawa istnień, toaleta, odprawa, kawa i papierosowy dym, telefony, zegarki, rozedrgane części ciała, słowa i dźwięki, gesty i pocałunki, łzy, gniew i pośpiech, ta kondensacja emocji jest niczym inscenizacja, jak spektakl i widowisko, ale nagle pustka, rozchodzą się, znikają, przenoszą swoje światy na inne kontynenty, do odległych miast, do swoich biurek i łóżek, wchłaniani przez ociężałe grzbiety samolotów, znikają, by zaraz potem pojawić się ponownie, w innym punkcie, witani i przeklinani.