.122

Ponieważ nie dostrzegłem żadnego drogowskazu i ponieważ nie było śladu obecności kogokolwiek przede mną w tym zagadkowym miejscu, więc nie namyślając się długo udałem się przed siebie. I tak idąc, starałem się wypatrzeć linię horyzontu, czy też pognieciony wykres jakiegoś górskiego łańcucha. Przede mną była czysta przestrzeń. Na początku wrażenie było imponujące. Cisza wciskała mnie w jeszcze większy spokój, wszędobylski bezruch przenikał mój oddech, a ja, swój prawodawca, właściciel dóbr, których dopiero co się pozbyłem, czułem się wolny od ciasnego gorsetu dotychczasowego życia, i tak idąc, zostawiałem za sobą tylko niewielkie wgłębienia na brunatnej powierzchni nowej ziemi. Nie czułem zmęczenia, nie brakowało mi wody, nie odczuwałem głodu, było mi prozaicznie wygodnie. Nie wiem ile dokładnie minęło czasu od chwili, kiedy rozpocząłem wędrówkę. Poza mną nadal rozlewał się nieskończony żywioł nicości. Nie napotkałem żadnych form życia, nie dostrzegłem zarysów domu, linii wysokiego napięcia, czy dymiących kominów, nie nadepnąłem nawet na małą mrówkę i nie strąciłem owada z gałęzi, bo dookoła nie było w ogóle roślinności. Hm, pomyślałem w głębi siebie. Niezbyt miła i przyjazna ta okolica, a w zasadzie pustynia. Co to za przedziwnie niedobra kraina. Poczułem się zaniepokojony i dogłębnie samotny. W tym samym momencie postanowiłem wrócić. Z powrotem znalazłem się na dnie dziury i stałem po kolana w wodzie. Wyczołgałem się na czworakach z błotnistej lawy i stanąłem przy jej krawędzi. Świat dookoła był taki sam jak w chwili, w której go opuściłem. Jedyną zmianą był stalowy szkielet żółtej koparki, która stała za moimi plecami i pstrykała dymem z silnika. Pojawiło się też trzech ludzi, ubranych w zielone kombinezony. Jeden z nich rzucił nagle w moją stronę niskim basem:
- E, panie, wypierdalaj pan stąd. To budowa, a nie jakiś ogród do rozmyślań.

Komentarze wyłączone.