.121

Pozbyłem się z siebie wszystkiego, porzuciłem wplecione przekonanie o tym, że świat jest dziełem niedoskonałym, a moje starania są rozpaczliwą próbą jego naprawy, wykopałem z siebie pragnienie naoliwiania własnej duszy przy pomocy estetycznych impulsów, zdarłem resztki chęci samoregulacji, strąciłem kurz przeszłości bogatej w błędy, zrzuciłem z siebie płaszcz mojej woli, który każdego dnia, zaraz po przebudzeniu, starałem się narzucać sobie i innym, zwyczajnie przestałem być tworzywem dla siebie samego i zostałem okrojony z naleciałości własnej iluzji. Wczoraj, dziś, jutro przestało istnieć. Cała ta operacja pochłonęła mnie na tyle, że o mały włos nie wpadłbym do ogromnej dziury, utworzonej zapewne przez tą samą brygadę, która zdemontowała chodnik. Dziura była imponująca. Na jej dnie, niewielkie lustro smętnej wody odbijało światłość dnia. W moim oczach zatańczyły hipnotyzujące promienie słońca. Wyobraziłem sobie, że dziura odkrywała wnętrze ziemskich trzewi, i że jest tajemniczym, metafizycznym przejściem do innego świata. Bez przeszkód przecisnąłem się przez jego gardło i oto stanąłem w nieznanej krainie.

Komentarze wyłączone.