.141
Pod łóżkiem znalazłem starą różę. Dawno już opuścił ją duch życia i skurczona przypominała mi zwiędły neuron, jakby garść informacji, które nikogo nie obchodzą. W domu panowała cisza, jakaś rozpuszczona w wyrazie i mdła. Bolały mnie wszystkie kości, a w mojej głowie dominował mały, świszczący strumień aktywności. Coś tliło się gestem rozpaczy. Paznokcie miałem brudne i postrzępione. Leżałem owinięty kołdrą, lecz byłem też ubrany. Gniew oblicza zastygł kamiennym szyfrem i nie mówił już nic. Podrapałem się po pięcie. Była miękka.
Wstałem i szybko wyszedłem w mroźne spojrzenie dnia. Kupiłem gazetę i przeczytałem, że Drzewiecki nie może zeznawać, bo boli go gardło. Mnie też od razu rozbolało.
Drzewiecki to taki pan średniego wzrostu, który rozczarował śledczych.
Ugotowałem sobie mleko. Dymiąca tajemnica wspinała się po linie, aż po sufit i tam wspólnie zlewały się w jedność bieli.
Szmajdziński chce, żeby na niego głosować, tak napisali, i że wtedy nie będzie prawicy. Odruchowo spojrzałem na swoją ulubioną prawą rękę, na razie tkwiła jak dotychczas, zobaczymy co będzie potem. Szmajdziński to taki papulkowaty pan, który ma różne oferty.
Polityka, która powinna zajmować się najwyższym dobrem, jest tragiczną areną ludzi kukiełkowatych, którzy nie zasypiają z godnością. A jest tragiczna, ponieważ dotyka tych, co nieświadomi.