.79

Siedziałem na dachu i patrzyłem. Świat dookoła rozlał się leniwą dynamiką. Jakiś człowiek ciągnął paletę na wózku, który podskakiwał, turkotał i toczył się posłusznie, gdzieś w parku staruszka, siedząc pokornie na ławce, karmiła gołębie, niesforne stado, ptasie towarzystwo, w oddali samochody sunęły we współczesnej wędrówce ludów, nadjeżdżały i rozpływały się w niezliczonych kierunkach, kolorowy sznur spowity wydzielinami, oddalał się i przybliżał, gdy tymczasem ja, pułkownik, zdobywca i ostatni obywatel, siedziałem w krajobrazie kosmosu, zdziwiony, nieco zaniepokojony, siedziałem i oglądałem swój świat, patrzyłem na jaskrawe życie, na ruchliwe niebo, spiętrzone chmurami, na zastygłe twarze kamienic, dostojne w historii przeżyć, na zgiełk promieni słonecznych, na teraźniejszość nieuchwytną i płochliwą, która jest tylko przeszłością, i na przyszłość, która wydała mi się wypadkową wszystkich chwil nałożonych na siebie, w tym łańcuchu zdarzeń dostrzegałem swoje dzieło i był to łańcuch łączący wszystkich ludzi, jeden obok drugiego, jeden na drugim, jak jakaś budowla, hierarchiczna struktura życia, tak właśnie myślałem, nieco przestraszony w swoim zatrzymaniu i spłoszeniu. Potem zwyczajnie leżałem w pogniecionej strukturze atomów, a myśli moje leżały obok, wierne i posłuszne. Jak pies.

Komentarze wyłączone.