.61

W oczekiwaniu na odpowiedź ze sztabu, postanowiłem wyczyścić sobie buty. Najpierw wysłałem adiutanta po czarną pastę do pobliskiego kiosku Ruchu. Wrócił z brązową i czarną, a na pytanie, skąd ten przejaw niesubordynacji, wzruszył ramionami i wskazał na Wincenta. Właściciel strychu nie do końca absorbował mój umysł ostatnimi dniami. Widziałem, że coś tam robi w drugim pokoju, że porusza się jak w malignie, z tym swoim przytłumionym spojrzeniem, rozciągniętym i bez wyrazu.
- Poprosiłem chorążego adiutanta o przysługę, mam brązowe buty, a po wczorajszym wyjściu wyglądają nieznacznie gorzej, czy to wielki problem dla pana, panie pułkowniku? – zapytał, kiedy leżałem jeszcze pod kołdrą, a blady odcień dnia, dopiero wlewał się przez okno.
- Nie, to żadna sprawa – mruknąłem – Nic mnie to nie interesuje, co pan zamierza robić z brązową pastą do butów, nie interesuje mnie również pańska teraźniejszość – dodałem zdziwiony, ponieważ nie miałem zamiaru mówić czegoś takiego. Nawet nie wiem, dlaczego to powiedziałem.
- Czyli w takim razie jestem wolny, mój strych, który pan bezprawnie przemianował na jakąś kwaterę, zostanie przez pana opuszczony, tak? – jego spojrzenie zabarwiło się nadzieją i chyba dostrzegłem tam rys bezczelności.
- Co to, to nie, kto panu zasugerował te bzdury? – podniosłem się energicznie i oparłem łokcie na kolanach, zauważyłem przy tym, że dywan jest brudny. – Pan nadal nie rozumie kwestii mojej obecności, nie rozumie pan?
- Nie rozumiem.
Nagle zadzwonił telefon. Wincent poderwał się i odebrał rozmowę, nim skończył się pierwszy sygnał.
- Słucham, Wincent przy telefonie – usłyszałem przy akompaniamencie jego dyszenia.
- Tu tato, cześć, jest tam gdzieś mój syn? – usłyszałem znajomy głos.
- Tak tato, jestem, to ja, twój syn – odparł Wincent, wyraźnie ożywiony.
- Nie wygłupiajcie się, tylko dajcie mi tu syna – w tym samym momencie wyrwałem mu słuchawkę.
- Jestem tato – powiedziałem – to mój kolega, lubi głupie kawały, hehe – zaśmiałem się złowieszczo, a echo mojego głosu ugrzęzło mi w uszach.
- W porządku. Słuchaj synu, musisz do nas przyjechać, mama zaginęła – głos taty był płaski jak dalekie równiny nizin.
- Jak to zaginęła?
- Normalnie. Wyszła godzinę temu do sąsiadki i nie wróciła.
- Aha, czyli co w takim razie zamierzasz?
Nagle usłyszałem trzaśnięcie drzwiami po drugiej stronie słuchawki, a potem głucha cisza przerwanej rozmowy zawisła w powietrzu.
- Co się stało? – zdenerwowany właściciel strychu wyrzucił z siebie słowa z prędkością karabinu.
- Nic, wszystko jest w porządku – powiedziałem spokojnym głosem, po czym wróciłem na łóżko, złożyłem dłonie pod głową i zamknąłem oczy.

- Adiutancie, wyczyśćcie mi buty – rozkazałem jeszcze, zanim wchłonęła mnie senna kraina, w której biegałem po łące i próbowałem złapać wielkiego, niebieskiego motyla.

Komentarze wyłączone.