Archiwum z miesiąca: Styczeń, 2009

.33

4 sty 2009

Całą noc nie spałem. Leżąc w mundurze zastanawiałem się nad przyszłością tego narodu. Nie będę ukrywał, iż jestem znacznie zaniepokojony zachowaniem i postawami co niektórych grup. Nie jest dobrze. Moje serce jest zasmucone.

Przyjdziemy w energii, nie oprze się jej człowiek i wszyscy będący w jej polu, poczują w sobie moc i siłę, która zmieni ich świat, odrzucimy dekoracje i odnajdziemy za parawanem kreatorów kłamstwa, wtedy zwyczajnie damy im klapsa na dupę a oni z płaczem duszy powrócą do siebie, aby zająć się uprawą ziemniaków. Ziemniaki są dobre. Kto z jednego ziemniaka czyni mnogość ziemniaków, ten dostąpi odkupienia. Przynajmniej tak mi się wydaje.

.32

3 sty 2009

Zjadłem i wróciłem do lektury pamiętnika:

„…w tym całym zmaganiu z własnym podziemiem, po latach fortyfikacji, planowania linii obrony, po niezliczonych godzinach analiz, tym ciągłym wynajdywaniu słabych punktów, nagle przeżyłem coś na kształt upadku. Sam w swoim cieniu, odbity w jej oczach, zdobyty, ogołocony, z bezbronnym westchnieniem niepokoju, ekstatycznie podkręcony i porzucony. Owa niewysoka, powabna istota, bez większego ociągania wdarła się w moją duszę i przechadzała się swobodnym spacerem po jej terytoriach. Tymczasem po jej obecności nie pozostał już żaden fizyczny ślad. Scena raziła pustką i należało podjąć jakieś kroki. Zerknąłem na adiutanta, ten czujny i zwarty, głodny, lecz na nasłuchu, już jest obok, i rozumie bez słów, odchodzi, odjeżdża i wraca po chwili, która nie zna czasu, i już niesie kwiaty, ogromny, pękaty bukiet rozproszony kolorami, wtedy powstałem i trzymając je przed sobą, niczym monstrancję, wspiąłem się schodami ku scenie, potem w jej skrzypieniu oddaliłem się w kierunku garderoby, która jest jedną, obszerną salą, gdzie są wszyscy, po części w zmienionych ubraniach, na wpół ubrani, na przemian zwracający uwagę na porzucone instrumenty, aby ich nie uszkodzić, lekko onieśmieleni moją obecnością, zbliżyłem się w marszu do wiolonczelistki, która już rozumie ten tajemniczy pochód, patrzy wzrokiem pełnym napięcia, jestem blisko, niektórzy chichoczą, popisują się, i nagle ktoś dla żartu uderzył w jedną z tych grubych, napiętych żył kontrabasu, niski, solidny bas rozproszył się po postaciach, rozerwał zaskoczenie, po czym już w niemocy osiadł w ciszy, ustąpił miejsca moim słowom, a ja w ukłonie, w chłopięcym uśmiechu zakłopotania, dziękuję wszystkim i nieprzerwanie patrząc na nią, zaprosiłem całą orkiestrę na kolację a kwiaty porzuciłem na pustym krześle, zostawiłem osierocone, smutne i w tym pożegnalnym rozstaniu odszedłem spowity czerwienią wstydu. Potem wspólnie jedliśmy w jakimś nienazwanym skrępowaniu, jedliśmy w mlaskaniu, połykaniu i w urywanych kwestiach, przebąkując coś o pogodzie, patrząc zamiennie w okno, na nieruchome niebo, zapadając się w smugach ciemności, chrząkając, podstawiając sobie półmiski, byli niemi tak jak i ja, bałem się patrzeć a kiedy już to czyniłem, to było to spojrzenie wrogie, wyprzedzające, jak atak z zaskoczenia, po to, by zmiażdżyć innych patrzących, i wtedy, już upewniony efektem zwycięstwa, patrzyłem tylko na nią, ona początkowo odpowiadała w subtelności, aby później w zachłanności wzroku tańczyć wokół mnie, już śmielej, wręcz pewnie i coraz bardziej zdecydowanie.”

Zamknąłem pamiętnik. Siedziałem jeszcze chwilę i wyszedłem na dach. Niebo chlusnęło ciężarem granatu na miasto. Moja przeszłość przez chwilę zdawała się być uwięziona, ale nagle rozlała się nocą i już uspokojony wróciłem do Kwatery Głównej.

.31

3 sty 2009

Właściciel strychu zachorował. Kiedy rano adiutant zadał mu pytanie, co ze śniadaniem, ten nic nie odpowiedział, tylko wstał, podszedł do szafki, wyciągnął jakieś tabletki, połknął, popił wodą i wrócił do łóżka. Ponieważ i tak nie byłem głodny, postanowiłem przejrzeć stare notatki i swój pamiętnik. Otworzyłem na przypadkowej stronie i przeczytałem:

„Cały ten obraz wspomnień ścisnął mi gardło i rozumiejąc teraz siłę miłości, nie zatrzymałem pierwszej w życiu łzy, która nieśmiałym ściegiem smutku, popłynęła po policzku. Po raz pierwszy zostałem dotknięty miłością, która wydała mi się przeznaczeniem i świętym darem nieba. Ruch wokół się zatrzymał, ona grała swoją partię, wdzięcznie i z opanowaniem, siedziałem urzeczony, pełen natchnienia, porwany mocą uczucia. Nie zauważyłem nawet, kiedy zakończył się występ, wykonawcy kłaniali się, dziękując publiczności, już odchodzili w kakofonii dźwięków, znikali a wraz z nimi ona i jej czarne, długie włosy. Co teraz, pomyślałem, zaniepokojony nagłością wydarzenia. Po chwili, która była zbyt długa jak na moje przyzwyczajenia pułkownika, powstałem powolnym ruchem niechęci, w głowie miałem smutek i narastające ziarno wyraźnego zakłopotania. Jakże to tak, rozważałem w subtelności swojej skrytej natury, skąd i dlaczego, tak zwyczajnie i niezapowiedzianie, bez oznak, bez wprowadzenia. Przecież wiadomą sprawą jest moja samotność…”

Przerwałem czytanie. Tlił się we mnie żal na wspomnienie tamtych dni, więc aby go opanować, poszedłem ugotować dla wszystkich makaron.

.30

1 sty 2009

Śniło mi się, że broczyłem po kolana w rzece ogromnych ryb.
Wygląda na to, że wkrótce wszystko się zacznie. Bądźcie gotowi.
Nadchodzi nowy duch, który rozleje się w przestrzeni.
Nikt nie będzie w stanie go powstrzymać ani mu zaszkodzić.

Jest w nas nieskończony żywioł tego, czego jeszcze nie było, w naszej duszy drzemie energia początku i wiedza tajemnicy tamtego świata, jego moc nie zna ograniczeń a potęga z jaką nadejdzie, zadziwi nawet najbardziej wątpiących.

Wedrze się do Waszych serc, jako wiosna nowego życia.
Duch ten zjednoczy i zbuduje.
Duch miłości wiecznej.

.29

1 sty 2009

Są takie świnie fioletowe z żółtymi gwiazdami. I takie świnie łażą po ogrodzie i jedzą najładniejsze słoneczniki. Można się ich pozbyć na dwa sposoby. W pierwszym rozwiązaniu chodzi o to, że otwieramy zawór z parą i generujemy fałszywy obraz siebie bez słoneczników, a w drugim sposobie to normalnie zarzynamy świnię i robimy z niej kiełbasy. Świnia wtedy jest kiełbasą, a kiełbasa jest dobra.