Zjadłem i wróciłem do lektury pamiętnika:
„…w tym całym zmaganiu z własnym podziemiem, po latach fortyfikacji, planowania linii obrony, po niezliczonych godzinach analiz, tym ciągłym wynajdywaniu słabych punktów, nagle przeżyłem coś na kształt upadku. Sam w swoim cieniu, odbity w jej oczach, zdobyty, ogołocony, z bezbronnym westchnieniem niepokoju, ekstatycznie podkręcony i porzucony. Owa niewysoka, powabna istota, bez większego ociągania wdarła się w moją duszę i przechadzała się swobodnym spacerem po jej terytoriach. Tymczasem po jej obecności nie pozostał już żaden fizyczny ślad. Scena raziła pustką i należało podjąć jakieś kroki. Zerknąłem na adiutanta, ten czujny i zwarty, głodny, lecz na nasłuchu, już jest obok, i rozumie bez słów, odchodzi, odjeżdża i wraca po chwili, która nie zna czasu, i już niesie kwiaty, ogromny, pękaty bukiet rozproszony kolorami, wtedy powstałem i trzymając je przed sobą, niczym monstrancję, wspiąłem się schodami ku scenie, potem w jej skrzypieniu oddaliłem się w kierunku garderoby, która jest jedną, obszerną salą, gdzie są wszyscy, po części w zmienionych ubraniach, na wpół ubrani, na przemian zwracający uwagę na porzucone instrumenty, aby ich nie uszkodzić, lekko onieśmieleni moją obecnością, zbliżyłem się w marszu do wiolonczelistki, która już rozumie ten tajemniczy pochód, patrzy wzrokiem pełnym napięcia, jestem blisko, niektórzy chichoczą, popisują się, i nagle ktoś dla żartu uderzył w jedną z tych grubych, napiętych żył kontrabasu, niski, solidny bas rozproszył się po postaciach, rozerwał zaskoczenie, po czym już w niemocy osiadł w ciszy, ustąpił miejsca moim słowom, a ja w ukłonie, w chłopięcym uśmiechu zakłopotania, dziękuję wszystkim i nieprzerwanie patrząc na nią, zaprosiłem całą orkiestrę na kolację a kwiaty porzuciłem na pustym krześle, zostawiłem osierocone, smutne i w tym pożegnalnym rozstaniu odszedłem spowity czerwienią wstydu. Potem wspólnie jedliśmy w jakimś nienazwanym skrępowaniu, jedliśmy w mlaskaniu, połykaniu i w urywanych kwestiach, przebąkując coś o pogodzie, patrząc zamiennie w okno, na nieruchome niebo, zapadając się w smugach ciemności, chrząkając, podstawiając sobie półmiski, byli niemi tak jak i ja, bałem się patrzeć a kiedy już to czyniłem, to było to spojrzenie wrogie, wyprzedzające, jak atak z zaskoczenia, po to, by zmiażdżyć innych patrzących, i wtedy, już upewniony efektem zwycięstwa, patrzyłem tylko na nią, ona początkowo odpowiadała w subtelności, aby później w zachłanności wzroku tańczyć wokół mnie, już śmielej, wręcz pewnie i coraz bardziej zdecydowanie.”
Zamknąłem pamiętnik. Siedziałem jeszcze chwilę i wyszedłem na dach. Niebo chlusnęło ciężarem granatu na miasto. Moja przeszłość przez chwilę zdawała się być uwięziona, ale nagle rozlała się nocą i już uspokojony wróciłem do Kwatery Głównej.