Archiwum z miesiąca: Luty, 2009

.69

27 lut 2009

- Darex był człowiekiem, od którego pożyczyłem pieniądze na procent – rozpoczął swoją historię Wincent. – Trzydziestego dnia każdego miesiąca oddawałem mu pięć tysięcy odsetek, co w prostym przeliczeniu stanowiło dwie trzecie moich dochodów. Był to dwumetrowy zbir o rękach ogromnych jak dwie patelnie. Miał czterdzieści osiem lat, skórę wypchaną muskułami i strasznie wszystkich nienawidził. Chorował na cukrzycę, co jednak nie przeszkadzało mu w egzekwowaniu swoich należności z bankową starannością. Zawsze drżałem na myśl o spotkaniu z nim i pomimo starań, aby pozbyć się swojego długu, nijak nie potrafiłem oddać mu całej kwoty. Pożyczyłem ją prawie trzy lata temu. W mojej głowie zrodził się plan otwarcia kuźni kowalskiej, co wydawało mi się wtedy genialnym pomysłem. Ze względu na niskie koszty, wydzierżawiłem niewielką halę na wsi. Wyposażyłem ją w używane palenisko wspomagane dmuchawą, podprowadziłem energię, w ziejące oczodoły wstawiłem szyby, wyrównałem podłogę, kupiłem cztery szafki ubraniowe, kowadło, trzy młoty, zestaw palników i dwa potężne imadła, które zamontowałem na szerokim drewnianym blacie stołu monterskiego. W tamtych dniach byłem przekonany, że wkrótce opanuję krajowy rynek. Jednak nie minął nawet miesiąc, aby pierwotny entuzjazm zastąpił prozaiczny stan zwątpienia. Zamówień nie było w ogóle, nie biorąc pod uwagę małej bramki dla sąsiada z naprzeciwka. Jednak od niego niezręcznie było mi wziąć pieniądze, ponieważ liczyłem na to, że będzie zwracał uwagę na złodziei, czy tez podejrzanych typów.
„U nas nie kradną, ludzie porządni, spokojni. Pan się nie denerwuje”, powiedział sąsiad z przekonaniem, któremu zawierzyłem bez wątpliwości. Następnego ranka drzwi od hali zastałem otwarte. Dmuchawa zniknęła, brakowało też imadeł, kowadła, młotów i w ogóle panował nieopisany bałagan. Ktoś rozlał wodę do hartowania stali, rozrzucił gwoździe, które pozostały po naprawie dachu, a smarem napisał na ścianie „teraz wsadź to sobie w dupe”. Od tamtego czasu oddałem prawie sto pięćdziesiąt tysięcy odsetek, a kwota główna w wysokości pięćdziesięciu tysięcy nadal niewzruszenie pozostawała taka sama. Często nie spałem po nocach, czując jak grube ręce Darexa zaciskają się na mojej szyi. Bałem się najmniejszego przewinienia w pracy, bo jej utrata była prostą drogą na tamten świat. Taka to jest właśnie sprawa Darexa, panie pułkowniku.

.68

27 lut 2009

Sprawa nie rysuje się najlepiej, bynajmniej jeżeli chodzi o rodziców Wincenta. Nawet nie mam pojęcia, jak mu o tym powiedzieć. Z drugiej strony sam jest sobie winien. Człowiek pokroju Darexa gotowy jest na wszystko. Nie rozumiem dlaczego pożyczał od niego pieniądze, do przewidzenia było to, że takie sprawy nie kończą się zbyt dobrze. Kurde, nie wiem, trzeba będzie coś wymyślić.
Jak Wincent wróci z piwnicy, to z nim pogadam.

.67

26 lut 2009

Właśnie dotarła odpowiedź ze sztabu:

„Na obecny czas, nie ma możliwości, aby przychylić się do zasygnalizowanych kwestii. Nie mniej jednak należy działać zdecydowanie, skutecznie i bez jakichkolwiek oznak lenistwa.”

Przeczytałem ze spokojem, po czym poszedłem na dach pooglądać niebo.

.66

21 lut 2009

Cechą przyszłego zwycięzcy, jest zachowanie się w stosunku do siebie, w taki sposób, jakby się nim już było. Cechą przegranego, jest zachowywanie się zwycięsko w stosunku do innych.

.65

21 lut 2009

Świat, który siedzi przy stole i mnoży posiadanie nie zważając na człowieka, już wyczekuje na swoje zniszczenie. W pośpiechu i nieuchronności wydarzeń wykonuje przerażające czyny, aby przed odejściem zagarnąć niezmierzone bogactwa, przyjąć je do siebie, wypchać sobie kieszenie, zmiażdżyć ducha ludzkości, a potem zrzucić ze skarpy głos sumienia.

Nie znam przyszłości, ale jestem przekonany, że albo będzie przepełniona nowym wymiarem ducha, albo nie będzie jej wcale. W dzisiejszym świecie tylko nowy duch może przynieść nadzieję.

.64

20 lut 2009

Kiedy człowiek otacza się ludźmi wybitnymi, jeśli przebywa w ich otoczeniu, to w niezwykłym procesie zaczyna współegzystować, współuczestniczyć w ich darach. Tak jakby korzystał z ich doskonałości i spożywał wraz z nimi, w sposób naturalny przyjmował ich osobliwą naturę, ich cechy charakteru powoli pełzną w jego stronę i zadomawiają się w jego duszy. Staje się metafizyczną częścią owej wspólnoty, która przyjmując go do siebie, w akceptacji i pokoju serca, w geście zaproszenia, czyni go jednością, czyni go lepszym i trwając w takim uścisku braterstwa, wspomaga go w wędrówce na wyższej położone tereny ducha. Bywa też, że człowiek o szerokim potencjale, we własnym zagubieniu, bądź nieopatrznie, trafia w środowisko upadłe, nieco zniszczone przez samych siebie, umęczone błędami i zepsuciem. Taka wspólnota destrukcji, uwikłana we własną niemoc, wyłapuje beznamiętnie swoją ofiarę i czyni ją podobną na swój obraz, powoli, systematycznie i pod pozorem przyjacielskich odruchów, zapuszcza korzenie w jej sercu, które eksploatowane nadmiernie, znieczulone fałszywym uśmiechem, zapada się w otchłań niebytu i wtedy już tak razem, wspólnie umordowani słabością, czekają już tylko na swoją śmierć.

.63

15 lut 2009

- Mamy twoją matkę – usłyszałem głos Darexa, gdy odebrałem telefon.
Usiłowałem sobie przypomnieć, jak wygląda moja matka, ale zupełnie mi to nie wychodziło.
- Matkę? – odpowiedziałem zdziwiony.
- Tak, matkę, ty popierdolony pułkowniku, zapłacisz mi za swoje pojebane gadki – ciągnął Darex – i oddasz mi całą kasę, odsetki i odsetki od odsetek, a jeśli będziesz kombinował, ty i ten stuknięty Wincent, to nie tylko załatwię twoją matkę, ale też i twojego ojca. Nie zadziera się z nami, rozumiesz, ty debilowaty kretynie, myślałeś że uda się wam tak po prostu wydymać Darexa, haha – śmiał się tak szczerze i naturalnie, że przez chwilę sam chciałem się roześmiać.
Nieźle się porobiło, pomyślałem, Darex myśli, że matka Wincenta, to moja matka, i że jego ojciec jest moim ojcem.
- Dobra – odpowiedziałem – później pogadamy, bo muszę wziąć prysznic, zanim zbiorę myśli.
- Dupa a nie prysznic, macie dwa dni na zwrot kasy, albo będzie syf że nie masz pojęcia, ty durny frajerze.
Ponieważ nie miałem już nic do powiedzenia, zwyczajnie odłożyłem słuchawkę i poszedłem do łazienki.

.62

15 lut 2009

Śniło mi się, że wędrowałem po pustyni i poszukiwałem starotestamentowej manny z nieba, lecz zamiast tego natrafiłem na gorejący krzew, spoza którego nieoczekiwanie wyskoczył Urban Harris. Chwilę pogadaliśmy o luźnych sprawach, po czym nakazał mi niezwłocznie wrócić do pracy.

Kiedy się przebudziłem, telefon znowu dzwonił natrętnie a promienie słońca lizały mnie po twarzy.

.61

13 lut 2009

W oczekiwaniu na odpowiedź ze sztabu, postanowiłem wyczyścić sobie buty. Najpierw wysłałem adiutanta po czarną pastę do pobliskiego kiosku Ruchu. Wrócił z brązową i czarną, a na pytanie, skąd ten przejaw niesubordynacji, wzruszył ramionami i wskazał na Wincenta. Właściciel strychu nie do końca absorbował mój umysł ostatnimi dniami. Widziałem, że coś tam robi w drugim pokoju, że porusza się jak w malignie, z tym swoim przytłumionym spojrzeniem, rozciągniętym i bez wyrazu.
- Poprosiłem chorążego adiutanta o przysługę, mam brązowe buty, a po wczorajszym wyjściu wyglądają nieznacznie gorzej, czy to wielki problem dla pana, panie pułkowniku? – zapytał, kiedy leżałem jeszcze pod kołdrą, a blady odcień dnia, dopiero wlewał się przez okno.
- Nie, to żadna sprawa – mruknąłem – Nic mnie to nie interesuje, co pan zamierza robić z brązową pastą do butów, nie interesuje mnie również pańska teraźniejszość – dodałem zdziwiony, ponieważ nie miałem zamiaru mówić czegoś takiego. Nawet nie wiem, dlaczego to powiedziałem.
- Czyli w takim razie jestem wolny, mój strych, który pan bezprawnie przemianował na jakąś kwaterę, zostanie przez pana opuszczony, tak? – jego spojrzenie zabarwiło się nadzieją i chyba dostrzegłem tam rys bezczelności.
- Co to, to nie, kto panu zasugerował te bzdury? – podniosłem się energicznie i oparłem łokcie na kolanach, zauważyłem przy tym, że dywan jest brudny. – Pan nadal nie rozumie kwestii mojej obecności, nie rozumie pan?
- Nie rozumiem.
Nagle zadzwonił telefon. Wincent poderwał się i odebrał rozmowę, nim skończył się pierwszy sygnał.
- Słucham, Wincent przy telefonie – usłyszałem przy akompaniamencie jego dyszenia.
- Tu tato, cześć, jest tam gdzieś mój syn? – usłyszałem znajomy głos.
- Tak tato, jestem, to ja, twój syn – odparł Wincent, wyraźnie ożywiony.
- Nie wygłupiajcie się, tylko dajcie mi tu syna – w tym samym momencie wyrwałem mu słuchawkę.
- Jestem tato – powiedziałem – to mój kolega, lubi głupie kawały, hehe – zaśmiałem się złowieszczo, a echo mojego głosu ugrzęzło mi w uszach.
- W porządku. Słuchaj synu, musisz do nas przyjechać, mama zaginęła – głos taty był płaski jak dalekie równiny nizin.
- Jak to zaginęła?
- Normalnie. Wyszła godzinę temu do sąsiadki i nie wróciła.
- Aha, czyli co w takim razie zamierzasz?
Nagle usłyszałem trzaśnięcie drzwiami po drugiej stronie słuchawki, a potem głucha cisza przerwanej rozmowy zawisła w powietrzu.
- Co się stało? – zdenerwowany właściciel strychu wyrzucił z siebie słowa z prędkością karabinu.
- Nic, wszystko jest w porządku – powiedziałem spokojnym głosem, po czym wróciłem na łóżko, złożyłem dłonie pod głową i zamknąłem oczy.

- Adiutancie, wyczyśćcie mi buty – rozkazałem jeszcze, zanim wchłonęła mnie senna kraina, w której biegałem po łące i próbowałem złapać wielkiego, niebieskiego motyla.

.60

11 lut 2009

Zaraz jak tylko się obudziłem, to napisałem do sztabu, że są duże potrzeby na froncie. Szczególnie dotkliwy jest brak ciepłych skarpet. Nieregularność poczty, również daje się we znaki. Morale nadal jest wysokie, ale utrzymuje się tylko dzięki mojej ekwilibrystyce komunikacyjnej, więc szacuję, że z dnia na dzień będzie już tylko gorzej. Natomiast sam naród, jako jeden organizm, nie przejawia żadnych oznak świadomości. Owszem są pewne wyjątki, ale dochodzę do wniosku, że dopiero po naszym ataku na Bydgoskie Zakłady Rowerowe, nastąpi przełom. Na koniec poprosiłem o odznaczenie dla mojego adiutanta, potem całość korespondencji złożyłem starannie w prostokąt, zakleiłem i oznakowałem pieczęcią.

Za oknem szara wstęga mgły, rozmazana i niepewna.