Archiwum z miesiąca: Marzec, 2009

.79

26 mar 2009

Siedziałem na dachu i patrzyłem. Świat dookoła rozlał się leniwą dynamiką. Jakiś człowiek ciągnął paletę na wózku, który podskakiwał, turkotał i toczył się posłusznie, gdzieś w parku staruszka, siedząc pokornie na ławce, karmiła gołębie, niesforne stado, ptasie towarzystwo, w oddali samochody sunęły we współczesnej wędrówce ludów, nadjeżdżały i rozpływały się w niezliczonych kierunkach, kolorowy sznur spowity wydzielinami, oddalał się i przybliżał, gdy tymczasem ja, pułkownik, zdobywca i ostatni obywatel, siedziałem w krajobrazie kosmosu, zdziwiony, nieco zaniepokojony, siedziałem i oglądałem swój świat, patrzyłem na jaskrawe życie, na ruchliwe niebo, spiętrzone chmurami, na zastygłe twarze kamienic, dostojne w historii przeżyć, na zgiełk promieni słonecznych, na teraźniejszość nieuchwytną i płochliwą, która jest tylko przeszłością, i na przyszłość, która wydała mi się wypadkową wszystkich chwil nałożonych na siebie, w tym łańcuchu zdarzeń dostrzegałem swoje dzieło i był to łańcuch łączący wszystkich ludzi, jeden obok drugiego, jeden na drugim, jak jakaś budowla, hierarchiczna struktura życia, tak właśnie myślałem, nieco przestraszony w swoim zatrzymaniu i spłoszeniu. Potem zwyczajnie leżałem w pogniecionej strukturze atomów, a myśli moje leżały obok, wierne i posłuszne. Jak pies.

.78

25 mar 2009

Przerzuciłem się na parówki. Wincent przyniósł rano kilogram. Ugotowaliśmy je w starym, odrapanym garnku, potem jedliśmy w nienazwanym milczeniu. Słońce zdechło gdzieś między chmurami, a wiatr wiał, mając w dupie tę całą sztuczną dekorację świata. Pomiędzy nami była cisza, stopiona i bezwładna. Gruby pająk zwisał z sufitu, podczas gdy zastanawiałem się, co dalej zrobić. Najgorsze było to, że telefon milczał od dobrych paru godzin, nikt nie dzwonił, nikt nic nie chciał, i ta cisza, i ten pająk, który jak wahadło odmierzał upływający czas, minuty z parówkową treścią w żołądku, niejasne oblicze przeznaczenia, raz w jedną, raz w drugą stronę, gdzie tu sens, pomyślałem, gdy Wincent w tym czasie przeżuwał, nadal w treści bez słów, strapiony monument własnych życiowych pomyłek, miał oblicze jak porzucona widokówka, wyblakła teraźniejszością, gdzie tu logika, syta myśl nie dawała za wygraną, po co ten człowiek żyje, komu potrzebna jego obecność, tak właśnie pomyślałem, gdy pająk wisiał nadal na własnych linach i w hamaku swojego pajęczego serca rozważał stopioną tajemnicę świata, którą podźwignął do góry, powoli sunąc i nieprzerwanie, aż w końcu zatrzymał się na sklepieniu brudnego sufitu, przywarł do jego zimnego tła w nieskończonej bieli horyzontu życia, no dobra, rzekłem, wstałem niespodziewanie, w dupie tam, mać złożona, zabieramy się do roboty.

.77

23 mar 2009

Kiedy wszystko dookoła emanuje nudą to znaczy, że najwyższy już czas, aby zabrać się za porządki w sobie. Po pierwsze kupić miód naturalny, najlepiej spadziowy i jeść go na śniadanie. Po drugie pootwierać wszystkie okna i przewietrzyć swój układ duchowy. Po trzecie, zadzwonić po pterodaktyla, żeby przyleciał, wylądował na dachu, i po tym, gdy już odpocznie, poprosić go, by zabrał nas na tyle wysoko, aby z tej perspektywy dostrzec, jakim się jest człowiekiem. A gdy nadal się nie rozumie, to powyższą procedurę należy wdrażać do skutku.

.76

20 mar 2009

Co niektórzy tak działają, żeby na każdym kroku mieć dla siebie głupawą wymówkę, dlaczego tak działają.

.75

19 mar 2009

Albo wiem.
Jasne, błękitne drzwi prowadzą wąskim korytarzem na przedmieścia duszy, stamtąd droga prowadzi już tylko w górę.

.74

19 mar 2009

To nie wiem.
Wstałem rano.

.73

14 mar 2009

Przegrzałem się.

.72

10 mar 2009

Bywa, że człowiek musi stanąć tuż przy krawędzi życia. Zepchnięty niepowstrzymanym rozwojem wydarzeń, pomimo wewnętrznych oporów, stoi nieruchomo, blisko na tyle, że wystarczy zrobić krok, aby runąć w dół, wystarczy tchnienie wiatru, aby w nierównej walce, pogodzić się z przegraną, wystarczy słowo, aby paść na kolana i wyjąc z rozpaczy, oddać swoją wolę istocie, która się pierwsza o nas potknie.

.71

9 mar 2009

Nadzieja niczym życiodajna rzeka użyźnia duszę, ukwieca ją w wyczekiwaniu. Jednak w całym swoim dobrodziejstwie, jest płochliwa niczym zatrwożony ptak. Po tym, gdy zabiera nas wysoko, ponad strzeliste wierzchołki, kiedy już syci nas nieustannie i staje się domownikiem, to wtedy wystarczy, aby poruszył się tylko jeden kamyk, niewielki i niepozorny, aby ruszyła lawina rozpaczy, tratująca wszystko na swojej drodze. Ten niepowstrzymany pochód zwątpienia zaczernia ludzkiego ducha, a ten, sparaliżowany i splątany bezwładem, pozbawiony nadziei, oczekuje już tylko na zagładę.
My ludzie, powinniśmy uważać, aby w nierozważnym akcie nie podrzucać innym kamieni.

.70

9 mar 2009

Nie pisałem, bo zabrakło słów. Dopiero właśnie dowieźli ze sztabu.