Archiwum z miesiąca: Lipiec, 2009

.123

31 lip 2009

Nie ważne skąd pochodzę, ważne dokąd zmierzam.

.122

18 lip 2009

Ponieważ nie dostrzegłem żadnego drogowskazu i ponieważ nie było śladu obecności kogokolwiek przede mną w tym zagadkowym miejscu, więc nie namyślając się długo udałem się przed siebie. I tak idąc, starałem się wypatrzeć linię horyzontu, czy też pognieciony wykres jakiegoś górskiego łańcucha. Przede mną była czysta przestrzeń. Na początku wrażenie było imponujące. Cisza wciskała mnie w jeszcze większy spokój, wszędobylski bezruch przenikał mój oddech, a ja, swój prawodawca, właściciel dóbr, których dopiero co się pozbyłem, czułem się wolny od ciasnego gorsetu dotychczasowego życia, i tak idąc, zostawiałem za sobą tylko niewielkie wgłębienia na brunatnej powierzchni nowej ziemi. Nie czułem zmęczenia, nie brakowało mi wody, nie odczuwałem głodu, było mi prozaicznie wygodnie. Nie wiem ile dokładnie minęło czasu od chwili, kiedy rozpocząłem wędrówkę. Poza mną nadal rozlewał się nieskończony żywioł nicości. Nie napotkałem żadnych form życia, nie dostrzegłem zarysów domu, linii wysokiego napięcia, czy dymiących kominów, nie nadepnąłem nawet na małą mrówkę i nie strąciłem owada z gałęzi, bo dookoła nie było w ogóle roślinności. Hm, pomyślałem w głębi siebie. Niezbyt miła i przyjazna ta okolica, a w zasadzie pustynia. Co to za przedziwnie niedobra kraina. Poczułem się zaniepokojony i dogłębnie samotny. W tym samym momencie postanowiłem wrócić. Z powrotem znalazłem się na dnie dziury i stałem po kolana w wodzie. Wyczołgałem się na czworakach z błotnistej lawy i stanąłem przy jej krawędzi. Świat dookoła był taki sam jak w chwili, w której go opuściłem. Jedyną zmianą był stalowy szkielet żółtej koparki, która stała za moimi plecami i pstrykała dymem z silnika. Pojawiło się też trzech ludzi, ubranych w zielone kombinezony. Jeden z nich rzucił nagle w moją stronę niskim basem:
- E, panie, wypierdalaj pan stąd. To budowa, a nie jakiś ogród do rozmyślań.

.121

17 lip 2009

Pozbyłem się z siebie wszystkiego, porzuciłem wplecione przekonanie o tym, że świat jest dziełem niedoskonałym, a moje starania są rozpaczliwą próbą jego naprawy, wykopałem z siebie pragnienie naoliwiania własnej duszy przy pomocy estetycznych impulsów, zdarłem resztki chęci samoregulacji, strąciłem kurz przeszłości bogatej w błędy, zrzuciłem z siebie płaszcz mojej woli, który każdego dnia, zaraz po przebudzeniu, starałem się narzucać sobie i innym, zwyczajnie przestałem być tworzywem dla siebie samego i zostałem okrojony z naleciałości własnej iluzji. Wczoraj, dziś, jutro przestało istnieć. Cała ta operacja pochłonęła mnie na tyle, że o mały włos nie wpadłbym do ogromnej dziury, utworzonej zapewne przez tą samą brygadę, która zdemontowała chodnik. Dziura była imponująca. Na jej dnie, niewielkie lustro smętnej wody odbijało światłość dnia. W moim oczach zatańczyły hipnotyzujące promienie słońca. Wyobraziłem sobie, że dziura odkrywała wnętrze ziemskich trzewi, i że jest tajemniczym, metafizycznym przejściem do innego świata. Bez przeszkód przecisnąłem się przez jego gardło i oto stanąłem w nieznanej krainie.

.120

16 lip 2009

Zebrałem się w sobie, spiąłem wewnętrznie i niezwłocznie wyszedłem się przejść. Nie żebym miał w tym szczególną potrzebę. Nic z tych rzeczy. Po prostu postanowiłem robić to, na co nie mam ochoty, aby odwrócić w sobie bieg wydarzeń, czyli niejako pokłóciłem się sam ze sobą. I tak wędrując po świeżo rozebranym chodniku, zastanawiałem się, na ile we mnie jest mnie właściwego, a na ile konstytuuje mnie materia, która nie przynależy integralnie do mnie jako całości. Zdzierałem z siebie kolejne warstwy siebie i po niedługim czasie zostałem nagi. Oczywiście była to nagość w sensie wewnętrznym i nie pozostała przez nikogo zauważona, więc śmiało mogłem chodzić dalej po świecie.

.119

15 lip 2009

Obserwuję świat. Zewsząd napływają ludzie, różnorodni, w kalejdoskopie kolorów, kształtów, wzorów i ubrań, wektory ich wędrówek przecinają się niczym pradawne szlaki handlowe, ta mozaika twarzy żyje swoim tymczasowym rytmem, oddala się i przybliża, zderzenia międzyludzkie wymuszają interakcje i przeciwdziałania, te z kolei następne i kolejne, jak szyfr, jak wzorzysty dywan globalnego życia, każdy z tych ludzi niesie w swoim umyśle zestaw twierdzeń, wątpliwości, pytań i odpowiedzi, ścierają się poglądy, antagonizują, ogniskują spojrzenia, któż z nich jest najbliższy prawdzie, czy w ogóle prawda jest dla nich zbiorem przyczyn, dla których przenikają swoje wnętrze i czy w ogóle to czynią, a może według nich prawda ma miejsce wtedy, gdy zaczynają mówić o sobie, cokolwiek nie uczynią, czegokolwiek nie powiedzą, to i tak jest to bez znaczenia, czy w sensie bytowym wpływa to na ich położenie, na te bezwładne i nie oprotestowane drganie w świecie, albo czy ujmuje im co nieco z ich twarzy, sytych i zadbanych, czystych w oddechu i skupionych na zaspokajaniu pierwotnych potrzeb, albo jednak nie, więc może funkcjonują w mikroświatach pokoju i miłości, tylko w niechęci i w ociąganiu, nie kwapią się, aby podzielić się tym z innymi. Są wszędzie. Ta ożywiona duchem materia kotłuje się i spina, wręcz krzyczy w niemym ścisku, gęstnieje i rozprasza się, w niepowstrzymanym wirze, jak magma, jak wulkaniczna lawa istnień, toaleta, odprawa, kawa i papierosowy dym, telefony, zegarki, rozedrgane części ciała, słowa i dźwięki, gesty i pocałunki, łzy, gniew i pośpiech, ta kondensacja emocji jest niczym inscenizacja, jak spektakl i widowisko, ale nagle pustka, rozchodzą się, znikają, przenoszą swoje światy na inne kontynenty, do odległych miast, do swoich biurek i łóżek, wchłaniani przez ociężałe grzbiety samolotów, znikają, by zaraz potem pojawić się ponownie, w innym punkcie, witani i przeklinani.

.118

5 lip 2009

Jak umrę, to pochowajcie mnie na przejściu dla pieszych.

.117

5 lip 2009

Coś bym wam powiedział, ale nie chce mi się gadać.

.116

5 lip 2009

No i co teraz działamy?