.180
1 mar 2012Treść nie wyczerpała swoich zasobów a jedynie upadła z wysoka całym swoim ciężarem. Obecnie spoczywa na dnie i nasiąka rzeczywistością, o jakiej mogą marzyć wszyscy ci, którzy szukają odpowiedzi.
Treść nie wyczerpała swoich zasobów a jedynie upadła z wysoka całym swoim ciężarem. Obecnie spoczywa na dnie i nasiąka rzeczywistością, o jakiej mogą marzyć wszyscy ci, którzy szukają odpowiedzi.
Niestety, ale mój życiorys wyczerpał się w tejże rzeczywistości, co krótko mówiąc znaczy tyle, że spadam.
Chciałbym podziękować wszystkim tym, którzy traktowali z odpowiednim, czytelniczym dystansem moje niekiedy buńczuczne wypowiedzi. Wiadomym jest, iż literatura winna służyć jako narzędzie do prowokacji, jako element inspirujący, który swoją iskrą twórczą rozpala wyobraźnię i inspiruje do aktywności.
Zatem prawda jest taka, że ja istnieję jedynie w świecie imaginacji, ale jest to przestrzeń pełna kreacji i buntu przeciwko wszystkim leniom zalegającym w realnej rzeczywistości
Mam nadzieję, że unikając zaparcia intelektualnego udało mi się coś zmienić w małym świecie i niektórzy z Was być może nawet nieźle się przy tym ubawili.
A tak przy okazji, to już wkrótce w tym miejscu, pojawi się nowy bohater literacki i wierzę, że będzie bardziej barwną i skuteczną mentalnie postacią.
To wywalam ze swojego pułkownikowskiego świata. Nar.
Leżałem na trawie. Blady świt lizał moje czoło. Nie miałem już imienia ani tożsamości, ale za to rozumiałem, że muszę zacząć od nowa. W pobliskim sklepie kupiłem marynarkę, biało czarne trampki i granatowy podkoszulek. Poszedłem do piwnicy po makietę czasu, odkurzyłem horyzont, ze starej skrzyni wyjąłem wiertarkę, w głowicy zamontowałem stalowe wiertło, było zimne i w dotyku przypominało lodowate stopy mojego dziadka zaraz po jego śmierci, potem oparłem się o ścianę i zdecydowanym aktem wywierciłem porządną dziurę w ścianie. Przez dymiący otwór zobaczyłem, że po drugiej stronie nic nie ma. No i tyle.
Szuka mnie milicja. Ktoś z Ministerstwa Literatury na mnie doniósł.
Jakby nie patrzeć, coś strzeliło. Wysoko, ponad rozciągniętym niebem, które ma pomieścić wszystkich. Coś tak huknęło, że nagle wszyscy w górę spojrzeli. Szukając łapczywie znaku, oddychali nierytmicznie, bezmyślnie, jak jakaś histeryczna istota. I wszyscy się momentalnie zatroskali, zajęli refleksją, stosowny komentarz pojawił się w naczelnych mediach, ustąpił uśmiech, bo jak to tak. Potem deklaracje, owce zaczęły manifestować zmiany, będzie inaczej, lepiej. No to nieźle, super. Teraz jest już w porządku, tak jak dawniej. Nic się nie zmieniło.
Jestem jak wiatr, deszcz i brunatne chmury jednocześnie. Zaścieliłem sobą niebo i mam w dłoniach ciepłe kartofle. Jeśli zechce, to dorzucę jednym z nich aż do słońca. A wtedy nie zabraknie placków ziemniaczanych.
Ponieważ od rana źle się czuję i intuicyjnie odczuwam nadchodzące odejście, postanowiłem spisać swoją wolę w kwestii pochówku. Najbardziej to bym chciał, żeby oblano mnie czekoladą i złożono w krypcie w kształcie batonika w Zakładach Cukierniczych Wedla.
Jak nie da rady w ten sposób, to poproszę bym spoczął na wieki w szafie w spółdzielni.
Tej oskrobanej.
Siedmiu wspaniałych.
A jednak nieokrzesanych i zupełnie roztrzepanych.
Zatem mówię do nich: nie czas to panowie na plac zabaw.
A oni: jak nie, to zabieramy zabawki i idziemy do domu.
No i poszli.