.140
22 sty 2010Ludzie mnie śmieszą swoją płaską retoryką świata.
Ja też jestem śmieszny, dlatego że mój świat kończy się na najbliższym zakręcie.
Ludzie mnie śmieszą swoją płaską retoryką świata.
Ja też jestem śmieszny, dlatego że mój świat kończy się na najbliższym zakręcie.
Niby nic się nie dzieje, a jednak są tacy, którzy oczekują, że coś się wydarzy. Tylko, że niby co takiego?
Tak naprawdę to jestem zmęczony. Każda myśl mnie nuży, a słowa układają się w bezduszne terminy.
Jedyne czego pragnę to zwyczajna, miła duszy śmierć. Tylko ona jest w stanie wzbudzić we mnie zainteresowanie.
Umrzeć i wrócić do domu, czyż to nie najlepsze?
Milczałem, ale czy to właśnie nie milczenie czyni nas pokornymi? Wędrowiec na pustyni, który zatrzymuje się w pół drogi, nie znajdzie już powrotnej ścieżki.
Przez cały ten czas nic się nie wydarzyło. Może poza tym, że Wincentowi śniła się uroczysta kolacja w rodzinnym domu, co zupełnie nie ma znaczenia, nikt nie dzwonił, nikt nie zapukał w okno, nikt nie pozdrowił, żaden przechodzień nie rozwiązał rzemyków pod naszymi drzwiami, prochy śmiertelników nadal gniją w czarnej zawiesinie ziemi, a ponury płaszcz sinych chmur nadal wisi nad naszym miastem. Nawet Darex, który wściekle wydzwaniał przez kilka dni o zwrot kasy, nagle zamilkł. Tata Wincenta również. Rozpostarła się cisza niema jak starucha, a zwyczajne niegdyś myśli stały się rarytasem. Zewsząd ludzie donoszą o znużeniu, o pęknięciu w duszy, które jak szczelina na zamarzniętym jeziorze, wskazuje na nadchodzące niebezpieczeństwo. A może to tylko znak, mały przewodnik, niepozorny punkt zwrotny, coś co nie zna śmierci, bo śmierć jej nie zwycięży, coś co zwiastuje początek nowego życia.
Ludzie są zabawni z tym swoim upartym przeświadczeniem, że robią na kimś wrażenie. Niby czym,
że tytuł naukowy
że ubrany
że samochód
że w pracy kimś
że dom
że klaskali
że zdolność kredytowa
że ptak że jajo że zna tego i tamtego że był w tym miejscu że myśli po europejsku że jest nowoczesny
no i co z tego
kogo obchodzą świecidełka
kiedy jest się duchowym inwalidą
Spałem dziesięć godzin. Niby nic takiego, ale wyraźnie za długo i zwyczajnie poza wszelkim dawniejszym trybem życia. Pamiętam, że kiedyś potrafiłem nie spać kilka dni z rzędu a może nawet tygodni. Gdyby teraz przyszło mi wyruszyć na jakąś żołnierską wyprawę, to przyznam ze wstydem, że niepokój przed obozowym rytmem, wpędziłby mnie w stan lęku. Dlatego wolę się nie denerwować i mam wszystko w dupie.
Nie jest tak.
Tak jest wszędzie.
Zardzewiałemu koniowi, który zamieszkał w czarnym lesie, a który grzywę miał prostą, taką jak zwykły koń, zajrzałem do brzucha.
Było tam tyle węgla, że wymieniłem ogrzewanie gazowe na takie zwykłe, a wtedy ten koń zaśmiał się i pogalopował jak koń-kretyn.
Teraz jest mi zimno.
Siedziałem w cieniu własnego życia, nie byłem wielki a jednak mój cień rozciągał się złowrogą poświatą nad wszystkim, co do tej pory uczyniłem. W moim oddechu skraplał się duch nieskończoności, ja jednak nadal grałem rolę pajaca.
Wiem, że wszyscy głęboko w sercu tęsknicie za pokojem. Dobrze, aby ta świadomość karmiła nasze czyny.