Archiwum kategorii 'Bez kategorii'

.130

7 lis 2009

Kiedy postanowiłem zrobić pranie, znalazłem na półce w toalecie kawałek kartki, zapisanej prawdopodobnie ręką Wincenta:

Piwnica, w której zamieszkałem ma czterdzieści cztery metry. Nie jest wysoka. Kiedy stoję, mogę dłonią dotknąć sufitu. Jest zimny a jego kolor kojarzy mi się z jasną powłoką nieba. Kiedy nie mogę zasnąć i leżę na kanapie, co zdarza mi się niemalże codziennie, wpatruję się w jego kwadratową biel, która przypomina samotne pole szachownicy. Czuje się wtedy jak pionek gotowy do użycia, który tylko czeka, aż jakaś siła przemieści go jednym mądrym ruchem w najwłaściwsze miejsce. Czasami wydaje mi się, że mój sufit dźwiga ciężar całego świata.

Wincent to dziwny koleś.

.129

3 lis 2009

Co z tego, że wiesz wszystko, podczas gdy nie potrafisz myśleć kolorami. Co z tego, że toczysz barwną piłkę życia a nie masz pojęcia, kto ją podaje. Widzisz co się dzieje, więc nie udawaj, że jesteś nieśmiertelny.

.128

2 lis 2009

Jeden z nich był wysoki, zupełnie jak jakiś koszykarz, drugi niepozorny i w niczym nie przypominający pierwszego, a trzeci dla odmiany wymykał się wszelkim zdroworozsądkowym normom. Czwarty natomiast był milczący i kiedy tak siedział majestatycznie w poświacie własnej ciszy, świat zamierał wraz z nim i w tym nieznośnym milczeniu zdawał się akceptować całe swoje zło.

.127

1 lis 2009

Zjem jedno słowo a zaraz wypluję ich tysiące.

.126

8 wrz 2009

Wstałem stosunkowo wcześnie, wiedziony jakąś niespokojną siłą. Świat za oknem rozlewał się niemą, mleczną poświatą. Nabrałem ochoty na kawę zbożową, poszedłem do kuchni i na stole znalazłem kartkę, na której Wincent napisał coś takiego:

„Zastanawiał się, co ma ze sobą zrobić, mógł udać się wszędzie, ale nie znał kierunku, w którym powinien wyruszyć. Długo wpatrywał się w zmęczony krajobraz i nadszedł już kolejny wieczór, a on siedział bez ruchu nie znając swojego sensu życia w samotności. Kiedy w końcu znużony zasypiał wiecznym snem, Bóg wskazywał na niego palcem, aniołowie zanieśli jego imię do świętej księgi przeznaczenia i wtedy narodził się ponownie w świecie spełnionych marzeń.”

Wlałem wodę do garnka. Lekko przeciekał. Wsypałem dwie łyżki kawy. Drobne ziarna zbóż utrzymywały się niepewnie na powierzchni wody i z daleka skojarzyły mi się z grudkami ziemi, brudnej i zmęczonej, nasiąkniętej bzdurnymi marzeniami o dzisiejszym człowieku, wkręconym w pseudointelektualne, wolnościowe tryby demokracji pozbawionej duchowości.

.125

2 wrz 2009

Czy ktokolwiek w swojej powadze i materialnym statusie, ma jeszcze nieco przestrzeni dla bezpretensjonalnej radości z życia i wplecenia abstrakcji we wszystko co robi?

Może mógłbyś się jeszcze czegoś nauczyć.

.124

2 wrz 2009

Nie pisałem, bo mi się nie chciało i tyle.

.123

31 lip 2009

Nie ważne skąd pochodzę, ważne dokąd zmierzam.

.122

18 lip 2009

Ponieważ nie dostrzegłem żadnego drogowskazu i ponieważ nie było śladu obecności kogokolwiek przede mną w tym zagadkowym miejscu, więc nie namyślając się długo udałem się przed siebie. I tak idąc, starałem się wypatrzeć linię horyzontu, czy też pognieciony wykres jakiegoś górskiego łańcucha. Przede mną była czysta przestrzeń. Na początku wrażenie było imponujące. Cisza wciskała mnie w jeszcze większy spokój, wszędobylski bezruch przenikał mój oddech, a ja, swój prawodawca, właściciel dóbr, których dopiero co się pozbyłem, czułem się wolny od ciasnego gorsetu dotychczasowego życia, i tak idąc, zostawiałem za sobą tylko niewielkie wgłębienia na brunatnej powierzchni nowej ziemi. Nie czułem zmęczenia, nie brakowało mi wody, nie odczuwałem głodu, było mi prozaicznie wygodnie. Nie wiem ile dokładnie minęło czasu od chwili, kiedy rozpocząłem wędrówkę. Poza mną nadal rozlewał się nieskończony żywioł nicości. Nie napotkałem żadnych form życia, nie dostrzegłem zarysów domu, linii wysokiego napięcia, czy dymiących kominów, nie nadepnąłem nawet na małą mrówkę i nie strąciłem owada z gałęzi, bo dookoła nie było w ogóle roślinności. Hm, pomyślałem w głębi siebie. Niezbyt miła i przyjazna ta okolica, a w zasadzie pustynia. Co to za przedziwnie niedobra kraina. Poczułem się zaniepokojony i dogłębnie samotny. W tym samym momencie postanowiłem wrócić. Z powrotem znalazłem się na dnie dziury i stałem po kolana w wodzie. Wyczołgałem się na czworakach z błotnistej lawy i stanąłem przy jej krawędzi. Świat dookoła był taki sam jak w chwili, w której go opuściłem. Jedyną zmianą był stalowy szkielet żółtej koparki, która stała za moimi plecami i pstrykała dymem z silnika. Pojawiło się też trzech ludzi, ubranych w zielone kombinezony. Jeden z nich rzucił nagle w moją stronę niskim basem:
- E, panie, wypierdalaj pan stąd. To budowa, a nie jakiś ogród do rozmyślań.

.121

17 lip 2009

Pozbyłem się z siebie wszystkiego, porzuciłem wplecione przekonanie o tym, że świat jest dziełem niedoskonałym, a moje starania są rozpaczliwą próbą jego naprawy, wykopałem z siebie pragnienie naoliwiania własnej duszy przy pomocy estetycznych impulsów, zdarłem resztki chęci samoregulacji, strąciłem kurz przeszłości bogatej w błędy, zrzuciłem z siebie płaszcz mojej woli, który każdego dnia, zaraz po przebudzeniu, starałem się narzucać sobie i innym, zwyczajnie przestałem być tworzywem dla siebie samego i zostałem okrojony z naleciałości własnej iluzji. Wczoraj, dziś, jutro przestało istnieć. Cała ta operacja pochłonęła mnie na tyle, że o mały włos nie wpadłbym do ogromnej dziury, utworzonej zapewne przez tą samą brygadę, która zdemontowała chodnik. Dziura była imponująca. Na jej dnie, niewielkie lustro smętnej wody odbijało światłość dnia. W moim oczach zatańczyły hipnotyzujące promienie słońca. Wyobraziłem sobie, że dziura odkrywała wnętrze ziemskich trzewi, i że jest tajemniczym, metafizycznym przejściem do innego świata. Bez przeszkód przecisnąłem się przez jego gardło i oto stanąłem w nieznanej krainie.