Archiwum kategorii 'Bez kategorii'

.100

17 maj 2009

Pokłóciłem się ze snem. W moim śnie nieskończoność rozpościerała się grubym płaszczem i przykrywała wszystkie domy. Osnuła je swoim bezmiarem, a ja stałem w oddaleniu. Człowiek potraktował nieskończoność z pogardą, tak jak gdyby nieco urażony na nieumiejętność rozumienia, postanowił nadać jej swój ludzki, skończony status. Podniosłem nieskończoność i nakryłem nią swoją duszę. Wtedy, w moim śnie, spotkałem wszystko. Ujrzałem ludzi jak w niewyobrażalnym smutku wołali o rzeczywistość, którą nazywali wiecznością. Nawet nie dostrzegli, że moje nakrycie utkane było z codzienności. Od tamtej chwili nie śnię i próbuję powiedzieć im, żeby zaczęli żyć. To proste.

.99

12 maj 2009

Mój świat jest mały. Kończy się tam, gdzie dorzucę kamieniem.

.98

12 maj 2009

Nie było mnie, bo poszedłem przejść się po świecie.

.97

2 maj 2009

Człowiek na przestrzeni dziejów dokonał mistycznego przejścia. Przejścia od chaosu na zewnątrz do chaosu wewnątrz nas samych. Szedł drogą poszukiwań, uczynienia ziemi poddaną sobie, okiełznania jej energii, jej tajemnicy. Kroczył we krwi, we łzach, w pocie, parł naprzód, tak jak gdyby chciał powrócić do miejsca, z którego przyszedł na świat, coś nim powodowało, jakaś siła wypychała go poza magiczny, senny obraz wieczności, jaki nosił w sobie. Rozpędzony człowiek, idzie drogą przeznaczenia, upada, przewraca się, lecz nadal kontynuuje, czasami biegnie, niekiedy zatrzymuje się na dłużej, znużony odpoczywa, powstaje i idzie. Co musi zdobyć, kogo poinformować o swoich osiągnięciach, komu powinien złożyć dziękczynienie, może sobie, może najbliższym, kto formował go podczas drogi? Co robi teraz człowiek, po co, komu służy, czy spaceruje po świecie, dogląda, czy może kona, umiera, gnije, śmieje się, wzdryga ramionami, odgania muchy z wycieńczonego głodem ciała, znika, leży czy idzie, jeśli idzie drogą, to jako kto?

.96

28 kwi 2009

Kiedy podszedłem do telefonu, przypomniałem sobie nagle, że nie pamiętam swojego dzieciństwa. Była druga w nocy. Przez chwilę próbowałem zapanować nad niepokojem, który właśnie zakwitał w moim sercu. Człowiek nigdy nie ma pojęcia, co nagle potrafi zrodzić się w jego duszy. Westchnąłem i podniosłem słuchawkę.
- Pułkownik przy telefonie – poczułem, że słowa odrywają się od mojego języka.
- Tu Urban Harris – usłyszałem charakterystyczny, niski tembr – Przepraszam pułkowniku, ale pomyślałem, że może powinien pan o tym wiedzieć. Jakąś godzinę temu wróciłem do domu i okazało się, że mnie okradli. Nie ma kamery, butów do biegania, zegarka i kopii dokumentów dotyczących Bydgoskich Zakładów Rowerowych.
- Czy pan biega? – wyobraziłem sobie Urbana Harrisa, jak długimi skokami przemiesza alejki pobliskiego parku.
- Oczywiście, panie pułkowniku, co prawda nieregularnie – w jego głosie poczułem cień dumy – ale biegam, tak, biegam – powtórzył.
- Dobrze, w takim razie proszę zostać w domu, nie powiadamiać policji, a ja wkrótce się z panem skontaktuję i wtedy powiem, co i jak. Czy wszystko jest jasne?
- Tak, jak najbardziej. Mam jeszcze pytanie, rozumiem że bieganie na razie nie wchodzi w rachubę.
- Żadnego biegania, absolutnie – powiedziałem zmęczonym głosem – do widzenia.
Wróciłem do łóżka. Skrzydlate cienie drzew wlewały się mroczną zawiesiną do pokoju. Przez chwilę szamotałem się z rzeczywistością, ale już po chwili wciągnęła mnie kraina snu.

.95

27 kwi 2009

Ziemia głęboko w swoich trzewiach przechowuje wiekową historię ludzkiej drogi. Jest milczącą skorupą z zastygłym profilem przeszłości, twardą powierzchnią, na której wyrzeźbiono słowa o naszych czynach, jest trwałym zapisem prawdy. Kto potrafi odczytać ten szyfr z ludzkich kości, z prochów porośniętych chwastami?

.94

26 kwi 2009

Śniła mi się dziś metalowa krowa. Wielka taka. Miała czarne łaty w kształcie Ameryki Północnej. Krowa żarła zieloną trawę. Chciałem do niej podejść i zadać parę pytań z pakietu transcendentalnego. Zwyczajnie miałem ochotę pogadać z trawą, ale nagle w moją głowę wbił się dźwięk telefonu. Była druga w nocy, a telefon dzwonił jak opętany.

.93

25 kwi 2009

Pewien człowiek o imieniu, człowiek mający swoje miejsce i swój czas, człowiek, który dla nas nie ma imienia, ten człowiek właśnie żyje na odcinku drogi, której koryto zdarzeń przecina się z innymi rzekami ludzkich istnień, i te rzeki nieustannie się przecinają, zasilają, wzbogacają, nanoszą życiem i w tej komunikacji powstaje morfologiczna tkanka naszego życia.  Każdy jest rzeką, niekiedy nurtem wezbranym wzburzeniem, niekiedy stabilnym rytmem codzienności, bywamy zniecierpliwieni oczekiwaniem, zmęczeni stagnacją, martwym krajobrazem wokół nas, płyniemy każdego dnia, koryta naszych rzek bywają szerokie, wręcz nieogarnione wzrokiem, ale zawsze mają wytyczony wcześniej kierunek, którego nie można zmienić, jedynie można uczepić się kurczowo jakiejś skały i czekać, trwać w nadziei, że coś się zmieni samoistnie, to próżne i zbyteczne działanie, można też zawrócić, płynąć pod prąd, ta walka z góry jest przegranym zmaganiem, wyczerpie naszą energię, osłabi nasze siły i w końcu wyczerpani, porzuceni gdzieś na brzegu, dojdziemy do końca naszych dni, najrozsądniej płynąć, lecz nie z nurtem, niby z nim, ale poruszać się przy pomocy własnych ruchów, świadomych, kontrolowanych, sprawdzonych, czasami, gdy przyjdzie niespodziewana burza, nieco lękliwych i niepewnych, ale czas zgiełku zawsze mija, to pewne, więc lepiej działać, ruszyć, podjąć wysiłek, wzmocnić się siłą innych rzek, połączyć nurty, zjednoczyć i wtedy już razem, wspólnie dotrzeć do początku życia.

.92

23 kwi 2009

Skąd biorą się łańcuchy górskie, kto konstruuje masywy, szczyty współczesności, jaką górę podjąć, którą zdobyć, która jest bardziej nobliwa i czytelna dla podziwu otoczenia, wprzęgnąć intelekt i wyruszyć w podróż, to moje zadanie, sięgam do gazety, tam mój guru musi gdzieś być, starannie sfotografowany, z tego lepszego profilu, gładki myśliciel, delikatny kapłan mój, oto jest, wybieram, niech jego słowa wzrastają we mnie, bo ja tak właśnie chcę żyć. Szanowny guru, proszę o łatwe życie, proste i upływające mi na prostych zadaniach, będących kopią twojego podziwianego życia, niechaj relikwie twoich medali i statuetek oświetlą jasnym snopem moją duszę, abym odnalazł drogę szczęśliwości, jakiej ty dostępujesz, zatem ja, twój intelektualny pies, wierny kompan i giermek twoich akcji, składam tobie pokłon i żegnam cię sakramentalnym pocałuj mnie w dupę turbo pajacu.

.91

21 kwi 2009

Jakże łatwo pogadać ze swoją ręką, aby nagryzmoliła parę zdań. Trudniej jednak po otwarciu drzwi, zastać u progu mądrość, dostrzec ją, przykucniętą i bezdomną, zaprosić do swojego umysłu i poddać się jej przesłaniu. Jakże niezmiernie łatwo zabawić się w słowną szermierkę, potyczkę, uliczną burdę, wzniecić małomiasteczkową pyskówkę, zrzucić z siebie ten wieloletni balast kompleksów, owe poczucie winy, z reguły nieuświadomione, że służy się formacji o wartościowaniu ujemnym, że zamieniło się niegdysiejsze ideały młodości, na tanią posadę, ufryzowaną tytułem, zamkniętą kwadratem umysłu, zobaczyć siebie w programie „Kolejny człowiek stał się małym niedowiarkiem”. Teraz oklaski, błyski fleszy, wypowiedział się, tak, przemówił, urodził słowo, powiedział to samo, ale jednak od tyłu, pogroził palcem, niedbale i jakoś pokracznie, płasko, sflaczale, wykrzesał niby coś innego, ale niemrawo, jak gdyby mruczał pod nosem.